Ведьма Моника

Andrzej Pilipiuk, “Wiedźma Monika”, public translation into Russian from Polish More about this translation.

See also one similar translation

Another translations: into Ukrainian. Translate into another language.

Participants

szanka 4537 points
Martest 646 points
Chung 89 points
And others...
Join Translated.by to translate! If you already have a Translated.by account, please sign in.
If you do not want to register an account, you can sign in with OpenID.
Pages: ← previous Ctrl next
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15

Wiedźma Monika

Ведьма Моника

History of edits (Latest: soshial 9 years, 5 months ago) §

Liście sypały się z drzew, targane podmuchami ciepłego jak na tę porę roku wiatru. W powietrzu dominował zapach ziemi i liści. Tak było przynajmniej na początku. Ziemia była wilgotna, brudziła stopy. Stopy dziewczyny prowadzonej z zamku w Uchaniach. Dziewczyna miała na imię Monika i była całkiem ładna, choć to akurat nie miało specjalnego znaczenia. A przynajmniej nie w tej chwili. W połowie drogi z zamku do kościoła czekał tłum. Ludzie zjechali się już poprzedniego dnia wieczorem. Niektórzy przybyli z odległych o dziesiątki mil wiosek. Chłopi, szlachta zagrodowa, Żydzi, Rusini. Rozłożyli się pomiędzy opłotkami wsi, pili piwo, żarli przywieziony chleb i cebulę, rozmawiali. Wokoło wozów kręciły się bezpańskie psy żebrząc o resztki pożywienia. Dziewczyna uniosła głowę. Jej dumne spojrzenie przesunęło się powoli po kurnych chałupach chylących się w większości do ziemi, po zgromadzonym tłumie, zatrzymało się na chwilę na masywnych drzwiach kościoła. A potem popatrzyła w niebo. Było piękne, błękit miał tą głęboką barwę jakiej daremnie wypatrujemy we wszystkie mgliste poranki. Było czyste, jedynie nisko nad horyzontem wisiały białe kłaczki chmur. Było zamknięte. Na zawsze. W połowie drogi między zamkiem a wsią i kościołem czekał stos. Gdy wreszcie zmusiła się aby nań popatrzeć w jej oczach odmalowała się najwyższa pogarda. W porównaniu z doskonałością nieba ziemia była kalekim tworem, owocem drobnego roztargnienia swojego Stwórcy. Wszystko było tandetne. Zbudowane na łapu capu, bez wcześniejszego zamysłu. Zamek o krzywych ścianach częściowo wzniesionych z miejscowego białego kamienia, częściowo z kiepsko wypalonych popękanych cegieł. Wieś, domy zbudowane z drewnianych belek, nieokorowanych, pokryte gliną, która odpadała płatami, a nikt nie myślał, żeby polepić je na nowo. Chłopom nie śpieszyło się. Zima miała nadejść dopiero za kilka tygodni. Kościół wzniesiony częściowo z drewna, częściowo murowany był szary i przechylony smętnie na jedną stronę. W niedużym bajorze pławiły się pospołu półdzikie świnie i kaczki. Stos także był byle jaki, wzniesiony na odwal. Centralny słup był krzywo wbity, a polana wokoło dobrano zupełnie przypadkowo. Stare koło od wozu pozbawione obręczy leżało obok niego szyderczo szczerząc połamane szprychy. I nawet sznur którym spętano jej ręce na plecach był częściowo sparciały. Zresztą nawet gdyby go zerwała to i tak nie miała dokąd uciec. Otaczało ją pięciu rycerzy, także miejscowej produkcji, w hełmach z grubo wyprawionej skóry, kaftanach naszytych metalowymi kółkami, które nawet nie usiłowały imitować kolczug, w dziurawych butach i brudnych portkach z grubego płótna. Ale ich podrdzewiałe miecze, mimo że roboty miejscowego kowala, były ostre. Przed nimi postępował zamkowy ksiądz w poplamionej kusej sutannie, zaraz za nią szedł pan zamku, Piotr Uchański. Wielki feudał władający walącym się zamkiem i trzema wioskami, posiadający ponadto kilka tysięcy hektarów lasów i bagien. Piotr ubrany był w swoją zbroję w której jego pradziad walczył pod Grunwaldem lat temu sto kilkadziesiąt...Za nim tłoczyli się bezładną kupą inni mieszkańcy zamku. Dziewki od krów o usmarowanych gnojem łydkach, kilku służących o lizusowskich uśmiechach, pachołkowie o słomianych włosach i drewnianych mózgach, zapasiony kucharz i ci wszyscy inni, bez których życie stało by się nieznośnie uciążliwe a z którymi było jeszcze gorsze. Ludzie których mijała codziennie na korytarzach. Ale jej ojca zamkowego pisarza nie było wśród nich. Zamknięto go na wszelki wypadek w wierzy. I zupełnie słusznie zamknięto. Tłum na widok zbliżającego się orszaku ożywił się. Chłopi chowali kawałki chleba za pazuchę, odkładali łyżki którymi wcześniej wygarniali z garnków różne obrzydliwości. Rozmowy powoli umilkły. Woje otoczyli stos, choć to nie było potrzebne. Jedyne niebezpieczeństwo polegało na tym, że cisnąca się spragniona sensacji tłuszcza potratuje się w ścisku. Piotr położył Monice twardą dłoń na ramieniu i wprowadził ją na rusztowanie. Stos zatrząsł się i przez chwilę wyglądało na to że zawali się, ale jakoś nie zrobił tego. Teraz gdy znalazła się pośród tłumu w jej delikatne nozdrza uderzyła z całym impetem jego woń. Potworna mieszanka rozmaitych zapachów. Ludzie cuchnęli czosnkiem i cebulą, sztywnymi od brudu łachami i przepoconymi owijaczami. Kilka par świeżo zzutych butów wietrzało na furmankach. W nos wciskał się jadowity zapach zjełczałego tłuszczu, przypalonej sierści i piór. Odchody ludzkie i zwierzęce poniewierały się pod nogami ludzi. Szarpnięcie obudziło ją z zamyślenia. Przez chwilę nie wiedziała co się stało, a potem zrozumiała. Piotr przeciął mizerykordią sznur petający jej ręce. Popchnął ją w stronę pala. Poczuła w żołądku nieznośne zimno. A więc to już. Chciała zozetrzeć bolące nadgarstki ale nie pozwolił jej na to. Korzystając z pomocy księdza przywiązał ją do pala ściągając mocno sznury. Powiał wiatr, rozproszył na moment woń ciżby ludzkiej, dmuchnął jej prosto w twarz te wszystkie cudowne zapachy jesieni. W parowach za zamkiem z pewnością dojrzewały już kasztany. Lubiła co roku chodzić tam sama lub z ojcem i zbierać je, gładkie, lśniące. Poczuła żal. Znowu. Żal za odchodzącym niespełna siedemnastoletnim życiem. A potem poczuła nienawiść. Nienawiść do zamkowego księdza, do tych wszystkich którzy szpiegowali ją od tak długiego czasu. Nienawiść do rycerza, który pętał jej dłonie tak mocno, że sznur przeciął delikatną skórę. Poczuła woń łachmanów w które była ubrana. Ach jak dobrze byłoby teraz wyciągnąć się w ciepłej wodzie w tej dużej balii w zamkowej łaźni. Zmyć z siebie cały brud, zmęczenie, pot i krew. Znowu ocknęła się z zamyślenia. Ksiądz zamkowy i proboszcz kłócili się o coś po cichu u stóp stosu. Zapewne o przywilej podpalenia. Straszna woń wioski znowu napłynęła falą. Monika pomyślała sobie jeszcze, że gdy podpalą wreszcie stos woń palącego się drewna zagłuszy wreszcie tem smród. A potem popatrzyła pod nogi i nadzieje te rozwiały się. W stos wetknięto dużo smolnych szczap i starych szmat. Poczuje woń smoły. Nie drewna. Rozczarowanie było bolesne. Obaj księża stanęli przed stosem z zapalonymi pochodniami w dłoniach. Ludzie uciszyli się. Przemowę zaczął kapelan zamkowy.

Листья осыпались с деревьев от порывов ветра, хотя для этого времени года он и был тёплым. В воздухе густо пахло землёй и листвой. По крайней мере, так казалось сначала. Влажная грязь прилипала к ногам. К ногам девушки, которую вели из замка в Уханях. Звали девушку Моника и была она весьма хороша собой, хотя, впрочем, это было вовсе и не важно. По крайней мере, не сейчас. На полдороге от замка до церкви клубилась толпа. Досужий люд начал съезжаться ещё накануне вечером. Кто-то не поленился приехать из самого захолустья за десятки миль. Крестьяне, мелкопоместное дворянство, евреи, русские - здесь были все. Они расположились у деревенской изгороди, пили пиво, ели захваченный из дома хлеб с луком, болтали. Около телег кружили бездомные собаки, надеясь поживиться остатками съестного. Девушка подняла голову. Не спеша оглядела клонящиеся к земле курные избы, собравшуюся толпу, задержала взгляд на массивных дверях костела. А потом она посмотрела в небо. Прекрасное небо, с оттенком той глубокой синевы, которую мы напрасно высматриваем ненастным утром. Было ясно, лишь далеко на горизонте виднелись белые клочки облаков. Все было кончено. Навсегда. На полпути от замка к деревне с церковью ее ждал костер. Когда чуть раньше девушка заставила себя посмотреть на него, в ее глазах отразилось презрение. По сравнению с великолепием неба, земля казалась убожеством, будто плодом легкой невнимательности своего Творца. Все это выглядело дешевкой, сработанной на авось, без малейшего смысла. Кривые стены замка, сложенные местами из местного белого камня, а местами из грубо обожженных, потрескавшихся кирпичей. Деревенские дома из деревянных балок, неошкуренных, покрытых глиной, которая отходила целыми пластами, и никто не заботился о том, чтобы заново прилепить ее. Куда было спешить крестьянам? Через пару недель наступит зима. Костел, выстроенный наполовину из дерева, наполовину из камня, казался серым и ощутимо кренился на один бок. В небольшом болотце копошились полудикие свиньи и утки. Костер тоже был так себе, явно сложенный на скорую руку. Центральный столб вбили криво, а дрова вокруг подобраны лишь бы как. Рядом лежало старое колесо от телеги, издевательски оскалившись поломанными спицами. И даже веревка, которой ей связали за спиной руки, кое-где сопрела. Впрочем, даже если бы и удалось ее разорвать, бежать все равно было некуда. Ее окружали пять рыцарей, тоже местного разлива: в шлемах из плохо выделанной кожи, обшитых металлическими кольцами кафтанах, даже не пытающихся изображать из себя кольчуги, дырявых сапогах и грязных штанах из грубой ткани. Зато слегка ржавые их мечи, даром, что работы местного кузнеца, были острыми. Перед ними выступал священник в испещренной пятнами куцей сутане, а сзади шел хозяин замка, Петр Уханьский. Крупный феодал, владелец обваливающегося замка и трех деревень, а кроме того, нескольких тысяч гектаров лесов и болот. На Петре были доспехи, в которых его прадед воевал под Грюнвальдом сто с чем-то лет тому назад... За его спиной сбились в беспорядочную кучу другие обитатели замка. Девки-коровницы с ногами, вымазанными навозом; подхалимски улыбающиеся служанки; слуги с соломенными волосами и головами не иначе как из дерева; откормленный повар и другие, все те, без кого жизнь была бы намного тяжелей; впрочем, с ними было еще хуже. Люди, с которыми она каждый день сталкивалась в коридорах. Среди них не было только отца, замкового писаря - на всякий случай его заперли в башне. И совершенно правильно сделали.
Толпа, углядев приближающуюся процессию, оживилась. Крестьяне прятали куски хлеба за пазуху, убирали ложки, которыми только что выгребали из горшков всякую гадость. Разговоры постепенно смолкли. Ратники окружили костер, хотя это было ни к чему. Единственная опасность заключалась в том, что кого-то задавят в жаждущей зрелищ толпе. Петр положил Монике на плечо руку и провел на подмостки. Костер затрясся, казалось, вот-вот развалится, но каким-то образом остался на месте. Теперь, когда девушка находилась посреди толпы, ей в нос со всей силой ударила вонь, кошмарная смесь разных запахов. Люди источали запах лука и чеснока, затвердевших от грязи лохмотьев и пропотевших обмоток. На повозках проветривалось несколько только что снятых пар сапог. К этому добавился ядовитый запах прогорклого жира, жженой шерсти и перьев. Человеческие и звериные испражнения валялисьлось несколько только что снятых пар сапог. К этому добавился ядовитый запах прогорклого жира, жженой шерсти и перьев. Человеческие и звериные испражнения валялись под ногами людей.
Рывок как будто разбудил ее. Сначала девушка не могла сообразить что, происходит... а потом поняла. Петр кинжалом разрезал стягивающую ей руки веревку. Подтолкнул к костру. У нее похолодело внутри. Ну, вот и все. Моника хотела растереть ноющие запястья, но ей не дали этого сделать. Петр со священником крепко-накрепко привязали ее к столбу.

History of edits (Latest: Martest 9 years, 2 months ago) §
Pages: ← previous Ctrl next
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15